Saga ulrichowsko-machlejdowska – pamiętnik

Saga ulrichowsko-machlejdowska to pamiętnik Krystyny Machlejd z Ulrichów opracowany przez Jolantę Wiśniewską, obecnie Kustosza w Muzeum Warszawskiej Pragi. Książka ta ciągle „mieszka” u mnie na biurku, mimo że teoretycznie ma swoje miejsce na półce w szafie z książkami o rodzinie. Co prawda koligacje są stosunkowo dalekie i osoby z mojej dalszej rodziny występują w niej zaledwie kilka razy, to był to ten sam krąg kulturowy.

Saga ulrichowsko-machlejdowska obejmuje okres od końca XIX wieku do kilku lat po II wojnie światowej. Dlatego muszę ostrzec, niestety im bliżej końca książki, tym trudniej się ją czyta: odchodzą kolejne osoby i następuje koniec znanego, stabilnego świata.

Pamiętnik zaczyna się aforyzmem: życie kończy się tam, gdzie zaczynają się wspomnienia. Nie zgodzę się z tym. Życie na Ziemi na razie trwa nadal, a to, co zachowamy we wspomnieniach, będzie istniało, dopóki będzie komu pamiętać. Dlatego tak ważne było opracowanie i powielenie tych pamiętników. Dzięki temu ten świat został zachowany. Gwarantem tego jest ostatni rozdział „Autorka we wspomnieniach wnuków”.

Nie ważne, że w książce nie padają nazwiska moich przodków. Ulrichowie i Machlejdowie przybyli do Warszawy na przełomie XVIII i XIX wieku, czyli jakieś pół wieku przed moimi przodkami i zdążyli głębiej wrosnąć w warszawskie środowisko. Przez te około 50 lat różnicy narosła duża liczba koligacji z ważnymi osobami (kawałek widoczny np. w artykule o Roeslerach i jeszcze bardzo mało widoczny o Liedtke), a i firmy się rozrosły. No i moi przodkowie przez długi czas mieszkali pod Warszawą — we wsi Grochów, a nie głównych skupiskach warszawskich ewangelików. Także nikt z moich nie chodził do ewangelickiej Szkoły Mikołaja Reja powstałej na wniosek ks. Juliana Machlejda, męża autorki pamiętników (o dziwo, Babcia, ale od strony Taty uczyła w ewangelickim żeńskim gimnazjum im. Królewny Anny Wazówny).

Jednak otoczenie kulturowe było, jeżeli nie takie samo, to bardzo zbliżone. Teraz
spoczywają na tym samym cmentarzu, a wcześniej chodzili do tego samego kościoła, brali udział w tych samych uroczystościach, kwestach, balach i jeździli na wakacje. Z tym ostatnim to pół prawdy. Moi jeździli do Włoch, do Meranu (nawet 2 x prababka przywiozła sobie stamtąd męża, a ciotka przez jakiś czas miała tam swój pensjonat), a Ulrichowie i Machlejdowie „rozbijali się” po całej Europie.

Ze względu na duże podobieństwo miejsca, środowiska, zwyczajów i to samo wyznanie, treść Sagi jest dla mnie fascynująca. Każda z opisanych sytuacji pomaga mi zrozumieć i przybliżyć jak żyli moi przodkowie. Dodatkowym plusem są opracowane przez redaktorów książki przypisy przybliżające występujące w pamiętniku osoby oraz zdjęcia wyszukane i wyproszone od osób związanych z rodziną. Jedynie czego mógłbym się czepiać, to dołączone jako oddzielne karty tablice genealogiczne — drzewa genealogiczne Ulrichów i Machlejdów. Nie są przyjazne w użytkowaniu i jest ich za mało. Zdecydowanie brakuje dalszych koligacji, wyjaśniających skąd koligacje z osobami, z którymi się spotykają.

Uważam, że każdy, kto ma korzenie wśród warszawskich ewangelików, powinien przeczytać tę książkę. Świetnie oddaje ona klimat epoki, a autorka ze swadą przekazuje informacje o realiach ówczesnego życia.

Z zakupem książki Saga ulrichowsko-machlejdowska należy się pospieszyć: nakład jest na wyczerpaniu, a pozycja nie jest droga, szczególnie jeśli się spojrzy na jej objętość.

Published by Maciej A. Markowski

Maciej Adam Markowski - z wykształcenia doktor nauk technicznych, przez większość swojej pracy zawodowej zarządzał marketingiem w korporacjach, a z zamiłowania historyk rodziny. Członek Polskiego Towarzystwa Genealogicznego i członek zarządu Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *