Rodzina Bajer wchłonięta przez Brüchów

Autor poniższych wspomnień Kazimierz Bajer, był synem Józefa i Marii Brüch, siostry mojej Prababki Heleny (po mężu Smolińskiej). Panny Brüch (Maria, Helena, Stefania, Władysława, Waleria i Wiktoria) urodziły się i mieszkały w Gajach Niżnych znajdujących się niedaleko (15 km.) Drohobycza. Miały one jeszcze dwu braci: Franciszka i Józefa. O kilkorgu z nich napiszę w najbliższej przyszłości, bo nie pozostali po nich potomkowie, którzy mogą to zrobić. O znanym członku rodziny: Oskarze Brüch, malarzu Armii Monarchii Austro-Węgierskiej i cesarza Franciszka Józefa pisałem przy okazji wizyty w Muzeum Wojskowości w Wiedniu i wybuchu Wielkiej Wojny.
Brüchowie wchłonęli Józefa Bajera, więc zachowało się stosunkowo mało informacji o rodzinie Bajerów. Jak do tej pory moje poszukiwania w tym kierunku nie dały zadowalających rezultatów.
Tekst wspomnień spisanych w czerwcu 2008 roku podaję za zgodą potomków, niemal bez zmian, dodając jedynie śródtytuły.

Wspomnienia Kazimierza Bajera

Postaram się przekazać następnym po moim pokoleniom to co wiem i jeszcze pamiętam o mojej rodzinie w szerokim rozumieniu tego znaczenia i zakresie. Niestety pamięć jest zawodna, dlatego relacje będą niepełne, fragmentaryczne. Dziś każdy z nas żałuje, że za życia swych rodziców nie dowiedział się wszystkiego o nich i ich rodzinach, ale tak przeważnie bywa, że poniewczasie dochodzi się do tego wniosku. Moja relacja nie będzie chronologiczna, gdyż wymagałoby to specjalnego opracowania – stąd będą liczne dygresje obrazujące poszczególne zdarzenia i fakty, które nasunęły się na pamięć.

Rodzice mojego ojca

Władysław Bajer ożeniony z Alojzą z domu Cygoń od połowy XIX wieku mieszkali w Byczynie w powiecie chrzanowskim (obecnie dzielnica Jaworzna – dopisek KimOnibyli). Mój dziadek był zarządcą lasów w Byczynie. Dziadkowie mieli dzieci Józefa (urodzony 06.07.1876), Artura (zmarł 1916), Alfreda (urodzona 09.06.1886 – zmarła 1975), Adelę i Elżbietę (obie zamężne, jedna aktorka) zmarły w Łodzi na początku lat dwudziestych XX wieku. O tych dwu siostrach mojego ojca nic konkretnego nie wiem. Wiem tylko, że ojciec jeździł na pogrzeby.
Babka Alojza zmarła około 1892 roku, wówczas dziadek przeszedł na emeryturę i przeniósł się z rodziną do Krakowa, gdzie zamieszkał przy ulicy Szlak. Mój ojciec uczęszczał do do gimnazjum Sobieskiego, gdzie zdał maturę pod koniec XIX wieku, Artur zaś uczęszczał do Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie (od 19.06.1907). Gdzie uczyły się siostry mojego ojca nie wiem, miałem tylko kontakt z c. Fredą. A była to taka historia:

Alfreda Bajer

W 1936 roku byłem na wycieczce w Krakowie, co zbiegło się z sypaniem kopca Piłsudskiego (nie tknąłem się taczek, byłem przeciwnikiem Piłsudskiego) i wtedy odwiedziłem ciotkę Fredę, która przyjęła mnie nadzwyczaj chłodno. Ciotka Freda była osobą nie zamężną, bardzo oryginalną. Pracowała jako główna sekretarka Dyrekcji PKP i mieszkała w garsonierze przy ulicy Gnieździeńskiej (obecnie ul. Warmińska). Nie jadała obiadów, chodziła w porze obiadowej do kawiarni na kawę i ciastko. Kontakt z Fredą urwał się do czasu jej przyjazdu do Lwowa z ewakuacją PKP we wrześniu 1939 roku. Wtedy ciotka Freda zamieszkała u nas i powoli się ‚otwierała’.

W listopadzie 1939 roku ciotka Freda powróciła do Krakowa i dopiero w maju 1940 roku zobaczyliśmy się, gdy siostry i ja przybyliśmy do Krakowa w kwietniu 1940 roku. Jednak kontakt był luźny bo cała nasza trójka przebywała przeważnie poza Krakowem. Dopiero gdy moi rodzice w 1941 roku przyjechali do Krakowa wtedy ponownie nawiązaliśmy kontakt. Po śmierci moich rodziców ja przejąłem opiekę nad ciotką. Ówcześnie mieszkała przy ul. Bonerowskiej (podczas okupacji była wysiedlona z Gnieździeńskiej). O ile mogłem to pomagałem jej finansowo oraz woziłem ją po lekarzach (operacja oczu). Pomimo usilnych nalegań nie pozwoliła przeprowadzić remontu pokoju będącego w okropnym stanie. Gdy stan ciotki nie pozwolił na samodzielne przebywanie bez opieki, wystarałem się u Helcłów, gdzie zresztą nie życzyła sobie by ją odwiedzać. Zmarła u Hecłów i została pochowana na cmentarzu w Batowicach.
Ponieważ rodzeństwo mojego ojca, oprócz ciotki Fredy, zmarło gdy jeszcze byłem mały, stąd niewiele wiem o nich, zwłaszcza gdy liczna rodzina Brüchów opanowała moją rodzinę. Parantele rodziny mojej mamy opisała szczegółowo ciotka Smolińska Rodzina Brüchów, który to elaborat załączam (kiedyś całość zapisków mojej Prababci Heleny Smolińskiej umieszczę na blogu, ale wymagają one jeszcze opracowania – dopisek KimOnibyli)

Rodzina Bajer wchłonięta przez Brüchów
Dom Brüchów w Gajach Niżnych

Józef Brüch, syn Franciszka

W połowie nauki w gimnazjum rzucił szkołę i poświęcił się hodowli koni. Ożenił się z dziewczyną ze wsi, Ukrainką, ponoć bardzo ładną, pomimo sprzeciwu rodziców. Skutkiem mezaliansu był rodzinny ostracyzm; tylko moja mama potajemnie utrzymywała kontakt z bratem. Podczas przejażdżki bryczką konie poniosły i bryczka przewróciła się, a Józef wypadł i fatalnie złamał obie nogi. Leczył się w Stryju, lecz bezskutecznie, tak, że został kaleką do końca życia. Mieszkał wraz z rodziną w Stryju, materialnie bardzo było im ciężko. Moja mama pomagała im w miarę możliwości. Jakie były ich losy w czasie wojny i po wojnie nie wiem. (Z zapisków Prababci wiadomo, że żona nazywała się Teodozja, synowie Adam, Roman, a córki Ludwika i Helena).

Franciszek Brüch, syn Franciszka

Ukończył studia prawnicze z doktoratem i pracował w rożnych przedsiębiorstwach, by w końcu lat dwudziestych objąć posadę w Polminie pod Drohobyczem. Była to rafineria na skalę europejską. Franciszek z Polminu został delegowany do Berlina, jako przedstawiciel rafinerii. Mając wysokie uposażenie odbywali wujostwo Brüchowie podróże po Europie, bywali na operach we Włoszech. Po dojściu Hitlera do władzy Polmin zawiesił z Niemcami współpracę i odwołał Franciszka do kraju. Za uzyskaną dużą odprawę Franciszek kupił dwupiętrową kamienicę w ładnej dzielnicy Lwowa oraz 100 ha majątek na Podlasiu. Przez dwa lata nie pracował, tylko polował. Świetnie się ubierał. Falkowie urządzali myśliwskie przyjęcia: bażanty, dziki, itp. W 1939 roku hołota bolszewicka wszystko to odebrała. W 1940 roku przenieśli się do Warszawy, gdzie mieszkali do końca życia.

Stefania Brüch po mężu Frysztak

Z Frysztakami mieliśmy na początku ścisły kontakt, gdyż mieszkali oni w Drohobyczu, obok nas. Ludwik Frysztak (Lutek) uczył łaciny w gimnazjum, a więc był kolegą mojego ojca. Jeszcze w wieku przedszkolnym z Krystyną (ich córką – dopisek KimOnibyli) się bawiłem – była ona młodsza ode mnie o 2 lata. Często uciekała z domu i przychodziła do nas na obiad. Gdzieś około 1925 roku Frysztakowie przenieśli się do Kościana koło Poznania (nie znam powodów przeprowadzki). Ludwik zmarł około 1929 roku; mama moja była na pogrzebie. Z ciotką i Krzysią widywaliśmy się przy okazji wakacji, natomiast z Krzysią utrzymywaliśmy stały kontakt listowny. Wymieniliśmy poglądy na różne tematy, szczególnie społeczne. Krzysia była zapaloną harcerką, studiowała polonistykę na Uniwersytecie Poznańskim. W czasie wojny zostały wysiedlone z poznańskiego i zamieszkały w Warszawie, gdzie Krzysia studiowała na kompletach i pracowała w konspiracji. W 1943 roku zmarła Ciotka Stefa. Byłem na pogrzebie, jako przedstawiciel krakowskiej rodziny (obawa przed łapankami). W tymże roku Krzysia odwiedziła nas w Krakowie i wtedy ostatni raz się widzieliśmy.

Helena Brüch po mężu Smolińska

Ze Smolińskimi mieliśmy luźny kontakt, gdyż Antoni Smoliński pełnił funkcję dyrektora kolei w różnych województwach (Kraków, Katowice, Gdańsk, Warszawa), Dzięku Wujowi Myszka dostała pracę w Dyrekcji Kolei we Lwowie. Ja przez miesiąc mieszkałem u Smolińskich w Warszawie, gdy byłem na praktyce w wojskowych zakładach radiowych, gdzie dostałem się za pośrednictwem Adama. W 1939 roku wuj Smoliński (Tośko – Antoni) zjawił się we Lwowie ewakuowany z Ministerstwem Kolei. Wtedy jadał u nas obiady (moje siostry prowadziły stołówkę dla „uciekinierów”). W listopadzie 1939 roku Smoliński powrócił do Warszawy. Z Basią (siostrą Adama – dopisek KimOnibyli) miałem kontakt przed wojną podczas mojego pobytu w Warszawie, podczas praktyki. Z Adamem Smolińskim miałem tylko sporadyczne sptkania, gdyż nie był on rodzinnie usposobiony. Adam odwiedził nas we Lwowie, gdy odbywał służbę wojskową na Śląsku. Później zetknąłem się z nim w Warszawie, gdy byłem na praktyce. Ale nie zaprosił mnie by go odwiedzić, może wskutkiem jego żony, która była w konflikcie ze swoim teściem Antonim Smolińskim. Ponownie przejściowo spotkałem się z Adamem, gdy uszli w 1939 roku z Warszawy. Następne spotkanie było na pogrzebie Antoniego Smolińskiego, który to pogrzeb urządzałem. Miałem ówcześnie nieprzyjemny konflikt z jego żoną Wandą, zażegnany przez Adama. Nie pamiętam czy Adam był na pogrzebie ciotki Lunki.

Władysława Brüch po mężu Korzeniowska

Z Korzeniowskimi mieliśmy zażyłe stosunki, pomimo, że jakiś czas mieszkali daleko, bo w Mołodecznie (Wileńskie) i Poznaniu. Spotykaliśmy się na wakacjach i Świętach. Pamiętam jedną wizytę u Korzeniowskich w Przemyślu na Wielkanoc, chyba w 1935 roku. Na urządzonym przyjęciu były tańce, przetańczyłem całą noc…

Wiktoria Brüch po mężu Hara

Z Harami mieliśmy najściślejszy kontakt, szczególnie ja, gdyż spędzałem u nich wakacje i święta. Jeszcze w wieku przedszkolnym byłem u Harów na Kopaniu koło Złoczowa, gdzie Wawrzyniec Hara był leśniczym. Tam pierwszy raz siedziałem na koniu i strzelałem z flobertu. Później bywałem u nich w Stratyniu koło Rohatynu, gdzie wuj był administratorem majątku Krasickich. Miewałem wtenczas wspaniałe wakacje, polowałem z wujem. W latach trzydziestych Harowie przenieśli się do Iwacewicz (Polesie), gdzie wuj był nadleśniczym. Wtedy Jurek mieszkał u nas, a ja opiekowałem się jego nauką. Wtedy też odwiedziłem Harów w Iwacewiczach, gdzie z wujem polowaliśmy…
… Z chwilą wybuchu wojny Jurek odjechał do rodziców do Iwacewicz i zjawił się u nas w lutym 1940 roku, aby coś kupić do jedzenia, gdyż na Polesiu nie było można kupić żywności. Wraz z Jurkiem pojechałem do Iwacewicz (dostałem z Politechniki fikcyjną delegację). Niestety nie zastaliśmy już rodziców Jurka, zostali wywiezieni do Rosji w ramach czystki. Pojechaliśmy do Baranowicz dla zorientowania się w sytuacji. Trudno było decydować: co robić, czy Jurek ma wracać do Lwowa, czy szukać rodziców i jechać w nieznane. Uległem usilnym prośbom Jurka i odjechał on na Wschód, gdzie o diwo zdążył się połączyć z rodzicami. Był to nieomal cud! Do dziś nie wiem, czy była to słuszna decyzja.

… Po śmierci dziadków Brüchów w 1922 roku i zlikwidowaniu domu w Gajach, Wiktoria i Władysława zamieszkały u nas w Drohobyczu; moja mama im „matkowała” aż do zamążpójścia obu sióstr. I tak Wiktoria (Wika, Wichurka) wyszła za Wawrzyńca (Rzynek) Hara, leśniczy; Władysława (Włada) – Mikołaja (Miko) Korzeniowskiego, porucznika WP.
… Jako Wiano moja mama dostała posesję ok 50 ha z domem mieszkalnym (na fotografii w albumie Elżbiety), zabudowaniami gospodarczymi. Stefania, Wiktoria i Władysława otrzymały stylową willę w centrum w parku w Truskawcu. Willa administrował Korzeniowski. Nie wiem co dostała Helena Smolińska.

… Mój ojciec po ukończeniu studiów objął posadę w gimnazjum w Nowym Sączu. W 1910 roku moi rodzice wzięli ślub. Ludka urodziła się w Drohobyczu w 1912 roku, Myszka urodziła się w 1914 roku w Starym Sączu (gdy ojciec ponownie uczył w Sączu), a aj urodziłem się w 1918 roku w Drohobyczu. Około 1916 roku rodzice wraz z gimnazjum zostali ewakuowani do Pragi, gdzie przebywali około 2 lat.

… Moja rodzina była typu patriarchalnego, tzn. że ojciec utrzymywał rodzinę, a mama zajmowała się domem i dziećmi. Równocześnie jednak stosunki w rodzinie były bardzo nowoczesne, gdyż polegały na wzajemnym poszanowaniu i zaufaniu. Patrząc dziś na stosunki w naszej rodzinie, należało by stwierdzić, że wyprzdziliśmy epokę.

… Gdy w 1918 roku hajdamaki spod znaku „trójzuba” ośmielili się podnieść rękę na panów, wtedy mego ojca i Franciszka Brücha aresztowali i zamknęli w chlewie w naszych zabudowaniach. Przekupieni wódką zdjęli straż i więźniowie uszli…

… Rodzice przeprowadzając się do Lwowa sprzedali posiadłość w Drohobyczu znajomemu lekarzowi z okolicy. Transakcja nastąpiła w dolarach; dług miał być oddany w terminie późniejszym. Skutkiem zmiany wartości dolara w stosunku do złotego rodzice stracili na transakcji 50%.

…Był zwyczaj, że uczniowie 8-mych klas po wigilii kolędowali pod oknami ojca, byli zapraszani na poczęstunek. Miły zwyczaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *